czwartek, 27 grudnia 2012

Ze sklepowej półki: Milka caramel

Z pewnością już większość z was myśli o poświątecznej diecie. Zanim jednak zapiszecie na liście postanowień noworocznych to o zrzuceniu co najmniej 10 kilogramów zachęcam was do spróbowania sklepowej nowości, która bardzo mi podpasowała. Już chyba z tysiąc razy pisałam, że jakimś cukrożercą nie jestem, ale za każdym razem gdy widzę jakieś nowe słodycze to nie mogę się oprzeć. Tak będzie i tym razem;).




Co pisze producent?
"Czekolada mleczna z mleka alpejskiego z nadzieniem karmelowym."

Skład:
czekolada mleczna 60%(cukier, miazga kakaowa, serwatka w proszku, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, pasta z orzechów laskowych, lecytyna sojowa, aromat), nadzienie karmelowe 40%(syrop glukozowy, woda, tłuszcz roślinny, syrop cukru inwertowanego, cukier, mleko słodzone zagęszczone, sól, aromaty, lecytyna sojowa)

Wartość kaloryczna: 
  485 kcal/100 gram, białko-4,4 gram, węglowodany- 63,0 gram, tłuszcze- 23,5 gram.

Cena:
Batonik o wadze 45 gram kosztował 1,60 zł. Standardowa tabliczka czekolady to koszt ok. 3,60. Osobiście kupiłam w zwyczajnym sklepie u mnie na wsi;)

Co ja sądzę:
No cóż. Okropny skład, bardzo słodkie nadzienie pod warstwą standardowo dobrej czekolady Milka. Ale to takie pyszne! Dobrze, że nie kupiłam czekolady, pewnie wsunęłabym całą bez mrugnięcia okiem. Karmel jest płynny i ciągnący się, słodki i lekko jakby orzechowy w smaku. Polecam wszystkim łasuchom, choć nie za często bo dawka cukrów prostych jest wprost obłędna;).



piątek, 21 grudnia 2012

Cieszyńskie ciasteczka- kruche z marmoladą i przekładane z migdałem

To już jedne z ostatnich cieszyńskich ciasteczek, które chcę wam zaprezentować. Ciasteczka są niby tylko zwyczajne, niby tylko kruche, a jednak dekoracja sprawia że są po prostu urocze. Można je przełożyć marmoladą lub powidłami, Nutellą lub masą jak do orzeszków. Ogranicza was tylko inwencja i wyobraźnia;).

Inne cieszyńskie ciasteczka:
http://osiakowegotowanie.blogspot.com/2012/12/cieszynskieslaskie-ciasteczka-kakaowe.html
http://osiakowegotowanie.blogspot.com/2012/12/cieszynskieslaskie-ciasteczka.html
http://osiakowegotowanie.blogspot.com/2012/12/cieszynskieslaskie-ciasteczka-orzechowe.html
http://osiakowegotowanie.blogspot.com/2012/12/cieszynskie-ciasteczka-sliwki-w.html



Kruche ciasteczka maślane przekładane

  • 300 gram mąki
  • kostka masła w temperaturze pokojowej
  • 50 gram cukru pudru
  • jedna płaska łyżeczka proszku do pieczenia
  • jedna łyżka kwaśnej śmietany
  • marmolada lub powidła
Wszystkie składniki zagnieść na jednolite ciasto. Rozwałkować na wysypanej mąką stolnicy(dość cienko bo będą przecież składane) i wycinać różne kształty za pomocą foremek. Trzeba pamiętać o tym, by kształty były sparowane. Jedna część pozostaje gładka, w drugiej wycinamy za pomocą dowolnego narzędzia niewielkie kółko. Pieczemy w 180 stopniach aż się zezłocą(ok. 10 minut, ponieważ są cienkie). Studzimy. Wystudzone smarujemy cieniutko marmoladą i zalepiamy połówką z dziurką.

Ciasteczka przekładane z migdałkiem

Receptura jest taka sama, jednak wycinamy ciasto foremką w kształcie owalu i nie robimy dziurek. Gdy ciasteczka ostygną, zlepiamy za pomocą masy orzechowej lub marmolady dwie połówki. Na górę każdej, za pomocą lukru przyklejamy migdał zanurzony czubkiem w rozpuszczonej czekoladzie. Odkładamy do zastygnięcia.


środa, 19 grudnia 2012

Cieszyńskie ciasteczka- śliwki w czekoladzie i kulki z resztek

To nie będzie właściwie klasyczny przepis z proporcjami tylko luźna inspiracja. Do kulek czyli mini-bajaderek można dodać właściwie wszystko co zostało nam po przygotowaniu innych ciasteczek. Doprawione bakaliami i rumem są właściwie kwintesencją wszystkich ciasteczek, a nie marnymi resztkami:)
Śliwki to może nic odkrywczego, ale to taki zdrowszy uzupełniacz wszelkich słodkości. Oprócz orzeszka można je nadziać także np. kawałkiem marcepanu.

Inne przepisy na cieszyńskie ciasteczka:
http://osiakowegotowanie.blogspot.com/2012/12/cieszynskieslaskie-ciasteczka-kakaowe.html
http://osiakowegotowanie.blogspot.com/2012/12/cieszynskieslaskie-ciasteczka.html
http://osiakowegotowanie.blogspot.com/2012/12/cieszynskieslaskie-ciasteczka-orzechowe.html




Śliwki w czekoladzie:

  • suszone śliwki bez pestek
  • orzechy włoskie lub migdały
  • rozpuszczona w kąpieli wodnej czekolada lub polewa czekoladowa
  • wiórki kokosowe
W nacięcie każdej śliwki wsadzamy po migdale lub orzechu. Delikatnie zasklepiamy i moczymy w rozpuszczonej czekoladzie oraz obtaczamy w wiórkach kokosowych. Odkładamy na talerz do zastygnięcia czekolady.

Kulki z resztek
  • zmielone na pył biszkopty lub herbatniki
  • mielone orzechy i migdały 
  • drobno posiekane bakalie
  • gorzkie kakao
  • resztki masy z orzeszków, polew, lukrów itp.
  • rum lub inny alkohol
Wszystkie składniki mieszamy ze sobą . Konsystencja powinna być gęsta, ale nie może być ani zbyt sucha, ani zbyt mokra. Jeśli masa jest za sucha, dolewamy nieco rumu lub dodajemy kawałek masła. Jeśli zaś za wilgotna, można dosypać trochę więcej herbatników albo odrobinę bułki tartej. Z masy formujemy kuleczki, które obtaczamy w wiórkach kokosowych. Odstawiamy do zastygnięcia.


wtorek, 18 grudnia 2012

Cieszyńskie(śląskie) ciasteczka- orzechowe koniczynki i rogaliki

To chyba jedne z bardziej lubianych przeze mnie w całym zestawie świątecznych ciasteczek. Kruche rogaliki, które dzięki orzechom włoskim mają bardzo umiarkowaną słodycz i urocze koniczynki- orzechowe i wprost urocze.Ciasteczka są łatwe do przygotowania i na pewno znajdą rzesze wielbiciel,i nie tylko wśród takich wiewiórek jak ja!

Inne cieszyńskie ciasteczka:
http://osiakowegotowanie.blogspot.com/2012/12/cieszynskieslaskie-ciasteczka.html

http://osiakowegotowanie.blogspot.com/2012/12/cieszynskieslaskie-ciasteczka-kakaowe.html




Orzechowe koniczynki

  • 300 gram mąki krupczatki
  • 100 gram cukru pudru
  • 200 gram masła
  • 100 gram mielonych orzechów laskowych (dodatkowo orzechy na dekorację)
  • jedno jajko
Wszystkie składniki mieszamy na jednolitą masę i lekko schładzamy. Formujemy po trzy kuleczki na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i na środek każdej koniczynki wciskamy orzech laskowy. Pieczemy na złoty kolor w 200 stopniach.



Rogaliki orzechowe
  • 280 gram mąki
  • 200 gram masła w temperaturze pokojowej
  • 80 gram cukru pudru
  • 100 gram mielonych orzechów włoskich
Wszystkie składniki zagniatamy na jednolitą masę. Formujemy z niej wałeczki o średnicy nie większej niż 2 centymetry i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w formie rogalików. Można też wyłożyć ciastem specjalną formę z wgłębieniami w kształcie półksiężyca. Pieczemy na złoty kolor w 180 stopniach. Można końcówki maczać w lukrze lub czekoladzie i obsypywać kokosem.




poniedziałek, 17 grudnia 2012

Cieszyńskie(śląskie) ciasteczka- dwukolorowe orzeszki

Kolejna propozycja na ciasteczka bardzo popularne na Śląsku Cieszyńskim. Tym razem składane z dwóch połówek orzeszki z dość hmmm...mocnym nadzieniem;). Jeśli nie jesteście wielbicielami dużej ilości alkoholu w ciastach to polecam zamiast spirytusu lub rumu dodać wódki, zmniejszyć proporcję lub zastąpić rum kilkoma kroplami aromatu i wodą. Alkohol jednak sprawia, że ciasta dłużej zachowują trwałość, co jest dość istotne przy masie na bazie masła i jajek. Przepis na masę to dość spora porcja, nam połowa została, lecz już wkrótce podzielę się z wami sposobem na wykorzystanie wszelkich resztek. Porcja na 120 połówek czyli 60 całych orzeszków.



Dwukolorowe orzeszki z masą

  • 300 gram mąki pszennej
  • 200 gram miękkiego masła
  • 100 gram cukru pudru
  • jedno jajko
  • dwie łyżki kakao
Wszystkie składniki, oprócz kakao wyrabiamy na gładkie ciasto. Dzielimy je na dwie równe części i do jednej wsypujemy kakao i powtórnie wyrabiamy do połączenia się składników. Ciastem wypełniamy foremki tak, aby była tylko warstwa przy foremce- będzie potrzebne miejsce na masę. Pieczemy w 180 stopniach aż jasne będą rumiane. Studzimy i wyciągamy z foremek.
  • 400 gram margaryny lub masła
  • 100 gram zmielonych orzechów włoskich
  • trzy jajka
  • 200 gram cukru pudru
  • spirytus lub rum(ilość wedle własnych preferencji)
Masło ucieramy mikserem do białości razem z cukrem. Dosypujemy orzechy i wbijamy jajka. Cienką strużką wlewamy alkohol i miksujemy aż wszystko się połączy.

Orzeszki z ciasta nadziewamy masą- każdą połówkę napełniamy tak by odrobina masy wystawała i przykładamy pustą połówkę. Sklejone i pozbawione nadmiaru nadzienia odkładamy. Po sklejeniu wszystkich połówek maczamy czubki w rozpuszczonej czekoladzie i wiórkach kokosowych z cukrowymi perełkami.

Foremka do orzeszków- wybaczcie jakość zdjęcia.

niedziela, 16 grudnia 2012

Cieszyńskie(śląskie) ciasteczka- kakaowe ule

Nie wiem ile z Was, moi drodzy czytelnicy miało okazję gościć kiedyś w pięknym regionie Śląska Cieszyńskiego. To już góry, fajne widoki i naprawdę dobra kuchnia regionalna. Jednak oprócz tradycyjnych potraw na solidne obiady czy kolacje, ma ona też sporo do zaoferowania jeśli chodzi o słodkości. Przez kilka dni będę Wam przedstawiać przepisy na tradycyjne( wpisane nawet w rejestr produktów regionalnych) wypieki. Tradycja pieczenia tych małych słodkości sięga  panowania Habsburgów na terenie Śląska Cieszyńskiego na przełomie XVIII i XIX wieku. Gospodynie piekły te ciastka na uroczyste okazje takie jak święta Bożego Narodzenia czy Wielkanocy, ale także na okoliczność wesela czy chrzcin. Zwyczaj ten pozostał do dziś. W przepisach pojawiały się zarówno duże ilości masła, jaj,cukru, bakalii, ale zdarzały się i ciastka z trzech składników.  W bogatych domach wypiekało się nawet ich kilkanaście rodzajów. Są one dość czasochłonne, wymagają dużo bakalii i alkoholu. Dzięki temu jednak mogą sobie spokojnie leżeć nawet miesiąc, bez większych uszczerbków na ich świeżości(o ile przeżyją taki okres czasu;).

Pierwsze, które chciałabym Wam zaprezentować to ule. Żeby takie wykonać niezbędne będą foremki, o takie. Występują one w wariancie z pszczółką lub bez, otwierane i pełne, lekko zaokrąglone i bardziej stożkowate. Jakie wybierzecie- nieważne. Ule robi się w różnych wariantach kolorystycznych co wiążę się z konkretnymi dodatkami do masy tworzącej "szkielet" naszej słodkiej konstrukcji. Widziałam też wersje bez nadzienia, gdzie napycha się całość masą i wyciąga. Ciekawiej jest jednak nadziać- efekt zaskoczenia gwarantowany:). Porcja na 40 uli, przepis pochodzi z notatnika mojej babci.




Kakaowe ule

  • 160 gram zmielonych na pył biszkoptów
  • 70 gram masła lub margaryny
  • jedno białko
  • 100 gram cukru pudru
  • trzy łyżki ciemnego kakao
  • dwie łyżki rumu
Całość ugniatamy w jednolitą masę. Jeśli będzie się kruszyć to trzeba dodać odrobiny masła. Odstawiamy masę do schłodzenia na około pół godziny. Po tym czasie wyklejamy foremki tak, aby obklejone były tylko ścianki. W tym celu bez pomocy palców się nie obędzie. Aby ułatwić wyciąganie ula z foremki możemy ją lekko obsypać cukrem pudrem w środku. Gotowe szkielety odstawiamy i robimy masę orzechową lub  na przykład taki ajerkoniak:
  • puszka słodzonego mleka skondensowanego
  • osiem żółtek
  • 200 ml spirytusu
Mleko i żółtka dokładnie miksujemy. Cienką strużką wlewamy spirytus, cały czas miksując aż całość trochę zgęstnieje. 
Nadziewamy masą lub ajerkoniakiem ula, a wylot zatykamy uciętym na miarę suchym waflem. Dekorujemy w dowolny sposób np. lukrem czy cukrowymi perełkami. Smacznego!


piątek, 14 grudnia 2012

Bogracz- węgierska zupa gulaszowa

Bogracsgulyas- tak w języku węgierskim nazywa się ta potrawa. Oznacza to "gulasz w kociołku", jednak dla mnie to zdecydowanie zostanie zupą. I to jaką! Dużo aromatycznych przypraw, energetyczny kolor i to jaka jest sycąca czynią z niej idealną potrawę na zimowe obiady. Mięso powinno być lekko poprzerastane tłuszczem i tak się wytopi podczas dość długiego duszenia. W wariancie oryginalnym wybieramy wołowinę np. pręgę lecz gotowanie potrwa nawet dwie godziny. Gdy zależy Wam na czasie to lepiej wybrać łopatkę lub inną część wieprzowiny.
 Polecam uzupełnienie smaków zupy wędzoną papryką, ale nie jest ona konieczna. Zupę nauczył mnie przygotowywać mój tata, przepis w oryginale pochodzi więc stąd. Przepis na cztery osoby.





Bogracz
  • około 70 dag pręgi wołowej lub łopatki wieprzowej
  • dwie duże cebule
  • dwa ząbki czosnku
  • 40 dag ziemniaków, obranych i pokrojonych w kostkę
  • dwa jajka
  • około czterech łyżek mąki pszennej
  • kminek, czerwona papryka mielona(słodka i ostra), sól i pieprz
  • cztery czubate łyżki koncentratu pomidorowego dobrej jakości
  • strączek papryki dowolnego koloru
  • opcjonalnie: pieczarki, cukinia, marchew i inne warzywa
Cebule obieramy z łupin i siekamy w drobną kosteczkę. W sporym garnku o dość grubym dnie nagrzewamy olej i smażymy cebulę aż się zeszkli. Dodajemy czosnek przeciśnięty przez praskę i kminek. Mięso kroimy w kostkę i dorzucamy do cebuli. Obsmażamy, zmniejszamy ogień i przykrywamy. Od czasu do czasu mieszamy by nic się nie przypaliło i kontrolujemy poziom wody(gdyby było jej mało to dolewamy wrzątek). Gdy mięso będzie już miękkie, dolewamy wody do 3/4 garnka i dodajemy pokrojone w kostkę ziemniaki oraz inne warzywa. Gotujemy aż będą miękkie i dodajemy czerwoną paprykę mieloną(słodkiej daję nawet dwie łyżki), przyprawiamy solą i pieprzem. Sypiemy ostrą mieloną paprykę(tyle aby potrawa była pikantna, ale nie do ziania ogniem;). Dodajemy koncentrat pomidorowy i szybko zacieramy z dwóch jajek i mąki lane kluski. Wlewamy je przez specjalne sitko do gotującej się zupy i zmniejszamy ogień. Gotujemy jeszcze dwie minuty i podajemy z pieczywem, posypane dla koloru pietruszką.


wtorek, 11 grudnia 2012

Bez bitej śmietany czyli gofry a'la pizza

Miałam kiedyś gofrownicę. Była powodem mojej frustracji przez kilka miesięcy. Byłam przekonana że wszystkie przepisy na gofry, których używam to jakaś, że tak powiem ściema;). Bo moja nieszczęsna gofrownica gofry piekła tylko z jednej strony, a każde jakie z niej wyjęłam były gumowe i na pewno nie przypominały tych jedzonych nad morzem;). Teraz już wiem, że lepiej do tego sprzętu dopłacić i kupić coś o mocy większej niż 700 W. W prezencie urodzinowym od mojego Dawida dostałam nowy sprzęt więc ogarnęło mnie gofro-szaleństwo;). Tym razem gofry są upieczone z dwóch stron i są chrupkie. Yes! 

Te gofry zrobiłam pewnego dnia na kolację, a dojadałam na śniadanie bo porcja okazała się być olbrzymia. Jeśli planujecie je zrobić na dwie osoby to radzę wykonać ciasto z połowy porcji. Oczywiście dodatki tak jak w przypadku standardowej pizzy można dowolnie odejmować lub dodawać. Ja proponuję jednak bardzo drobno wszystko kroić-dzięki temu nic się w gofrownicy nie przyklei. Gofry już przy pieczeniu pachną jak najprawdziwsza pizza:). Przepis zaczerpnięty stąd. Porcja na pięć-sześć osób.



Gofry a'la pizza
  • 500 gram mąki pszennej
  • paczka suchych drożdży 
  • 350 ml wody
  • łyżeczka soli
  • dwie łyżeczki dowolnych ziół np. prowansalskich lub bazylii
  • cztery jajka
  • 100 gram roztopionego masła
  • dowolne ulubione dodatki: cukinia, papryka, pieczarki, szynka, kiełbasa, oliwki itp. wszystko drobno pokrojone
  • 100 gram sera żółtego
Drożdże, sól i mąkę mieszamy razem w misce. Dodajemy jajka, wodę i wszystko mieszamy. Wsypujemy dodatki oraz przyprawy, wlewamy olej. Całość wymieszać i sprawdzić czy ciasto nie jest za gęste(powinno być gęstsze od ciasta naleśnikowego, ale na tyle rzadkie by spokojnie dać się nałożyć do gofrownicy). Rozgrzewamy gofrownicę. Łyżką nakładamy ciasto na płyty i pieczemy gofry aż będą złociste. Lekko przestudzamy na kratce. Podajemy na ciepło lub na zimno z dowolnymi sosami, posypane serem żółtym.



Smacznego!

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Prokrastynacja i kremowa zupa ziemniaczana

Ależ ze mnie leń! Od tygodnia zbierałam się żeby napisać tą notkę. Ciągle i ciągle to przekładałam, a tu już kolejka innych przepisów czeka. No cóż, już chyba Wam pisałam jak kocham i identyfikuję się ze słowem "prokrasynacja". Może dlatego tak lubię pisać wszystko na ostatnią chwilę? Kiedy goni mnie już ostateczny termin mam niesamowitą wenę twórczą i natchnienie. Wtedy też przychodzą mi do głowy pomysły świetne. Rozwiązanie to ma jednak wady, głównie z powodu utrzymywania mocnych nerwów oraz możliwości zapomnienia o pewnych szczegółach;). W przypadku akcji i konkursów kulinarnych robię coś w ostatnie dni  zgłoszeń, a potem przez trzy dni pod rząd jem monotematycznie to samo.

Zupa, którą dziś pokażę to rzecz zadziwiająca i niesamowita. Po pierwsze wygląda jak zupa mleczna. Po drugie mleko, śmietana i majonez w składzie...no cóż. Po trzecie niesamowite jak ze składników banalnych można stworzyć coś tak dobrego. Zupka jest delikatna, naprawdę kremowa i sycąca. Okazuje się że nie trzeba miksować warzyw by uzyskać taki aksamitny efekt. oryginalny przepis pochodzi stąd.



Kremowa zupa ziemniaczana

  • 3/4 szklanki kwaśnej śmietany
  • 1/4 szklanki majonezu
  • 1/4 szklanki mleka 
  • osiem średnich ziemniaków
  • 1,5 litra bulionu z kurczaka lub warzywnego
  • łyżka oleju lub oliwy z oliwek
  • dwie średnie cebule
  • dwa ząbki czosnku
  • dwie szklanki mleka
  • 1/4 szklanki mąki pszennej
  • 100 gram cheddar'a lub innego sera o wyrazistym smaku
  • 40 gram tartego parmezanu
  • sól, pieprz
  • garść szczypiorku
  • podsmażone plastry bekonu lub kiełbasy
Śmietanę, mleko i majonez mieszamy i odstawiamy w chłodne miejsce. Na oleju rumienimy drobno posiekaną cebulkę i przeciśnięte przez praskę dwa ząbki czosnku. Dolewamy bulion i doprowadzamy do wrzenia. Ziemniaki obieramy, myjemy i kroimy w kostkę. Wrzucamy do gorącego wywaru i gotujemy aż będą półtwarde. Mąkę i dwie szklanki mleka mieszamy trzepaczką aż znikną grudki. Wlewamy do zupy. Mieszamy i doprowadzamy do wrzenia. Dodajemy 70 gram cheddar'a i parmezan. Mieszamy aż się rozpuści. Na sam koniec dodajemy mieszankę śmietanowo-majonezową, doprawiamy solą i pieprzem i doprowadzamy do wrzenia. Posypujemy szczypiorkiem. Na talerzu każdą porcję dekorujemy bekonem lub kiełbasą. Można też posypać odrobiną sera. Smacznego!




poniedziałek, 3 grudnia 2012

Korzenna owsianka pieczona w jabłku

Wiecie co? Spadł śnieg! Nie wiem jak długo poleży, pewnie niedługo. Śnieg spełnia dla mnie w grudniu dwie podstawowe funkcje. Jest odpowiedzialny za tworzenie świątecznego nastroju jak z reklamy Coca-Coli, filmów o Świętym Mikołaju, kartek świątecznych itp. Druga, bardziej praktyczna funkcja takiego śniegu to przykrywanie tego, czego bym raczej nie chciała oglądać. Przegniłych liści, śmieci, psich kup i tym podobnych uroczych obrazków. Śnieg nie tylko to wszystko przykrywa, ale jeszcze daje uczucie przytulności, szczęścia kiedy możemy obudzić się w ciepłym domu i na mróz tylko patrzeć zza okna. Pod warunkiem że to weekend;) W takie poranki polecam Wam owsiankę pieczoną w jabłku. To niezwykłe naczynie jest bardzo częstym dodatkiem do klasycznej wersji tej potrawy. W takiej formie można podać śniadanie nawet niejadkowi lub tym co owsianki nie lubią(a są tacy, o zgrozo!) Aromatyczne przyprawy od razu przywodzą na myśl święta. Przepis na cztery porcje.





Owsianka pieczona w jabłku
  •  100 gram płatków owsianych błyskawicznych 
  •  cztery średnie jabłka
  • garść rodzynek lub innych bakalii
  •  dwie łyżki brązowego cukru
  • cztery gwiazdki anyżu
  • cztery goździki
  • łyżeczka cynamonu
  • 100 ml soku jabłkowego lub jogurtu naturalnego
  • cztery plasterki imbiru


Jabłka dokładnie myjemy, przekrawamy na górze i wydrążamy zawartość by pozostały ścianki grubości około 0,5 cm. Płatki owsiane mieszamy z bakaliami, cynamonem, cukrem i zalewamy sokiem jabłkowym lub jogurtem naturalnym. Mieszamy i odstawiamy na około 10 minut. Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Do każdego jabłka na dno wsadzamy plasterek imbiru i nadziewamy płatkami owsianymi. Jeśli zostanie nam płyn to wlewamy ostrożnie po łyżce do naszych jabłek. Przykrywamy górą owocu do, której wtykamy zamiast ogonka po goździku i układamy po gwiazdce anyżu. Pieczemy przez około 15-20 minut(jabłko nie może się rozpadać). Smacznego!:)



sobota, 1 grudnia 2012

Grudzień! Ciasteczka-reniferki

W końcu! Uwielbiam grudzień i wszystkie jego konsekwencje. Oblodzony chodnik. Rozmokły chodnik. Deszcz. Śnieg. Narzekanie na tłok w sklepach. Narzekanie na brak towarów tradycyjnie w sklepach dostępnych, bo niektórzy to święta traktują jak armagedon i wykupują trzymiesięczne zapasy jedzenia. Korki. Świąteczne piosenki w radiu. Igły sypiące się z choinki. Zapach obieranych mandarynek i dźwięk rozbijanych orzechów. Grudzień, choćby nie wiem jakby był okropny to miesiąc dla mnie szczególny. By już wprawić się w nastrój świąteczny prezentuję Wam ciasteczka- reniferki. Troszkę zmodyfikowałam oryginalny sposób dekoracji i upiekłam je już z m&m'sami oraz precelkami w roli poroża. Cukierki się troszkę kolorystycznie rozlały, ale to zdecydowanie mniej roboty, z robieniem lukru, naklejaniem itp. Przepis na około 30 ciasteczek.



Ciasteczka- reniferki
  • 90 gram masła
  • 100 gram cukru pudru
  • 200 gram mąki pszennej
  • jedno jajko
  • dwie łyżki cukru waniliowego lub jedna łyżeczka ekstraktu(można też użyć cynamonu)
  • cztery kostki gorzkiej czekolady
  • 50 gram precelków
  • 30 sztuk m&m'sów lub innych kolorowych cukierków
Masło, cukier, mąkę i jajko oraz ekstrakt lub cynamon zagniatamy, formujemy w kulę i pakujemy do folii spożywczej lub woreczka. Wstawiamy na około 30 minut do lodówki. Po tym czasie rozwałkowujemy ciasto na grubość około 2 mm. Wycinamy szklanką okrągłe ciasteczka. Układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Na górę każdego kółka delikatnie dociskamy przepołowiony precelek. Delikatnie przyklejamy cukierki, lekko dociskając je do ciasta. Pieczemy w temperaturze 180 stopni przez około 12 minut(nie mogą się za bardzo zezłocić bo będą piekielnie twarde;). Wystudzonym ciasteczkom malujemy za pomocą wykałaczki lub małej strzykawki oczy z rozpuszczonej czekolady. Czekamy aż zastygnie i jemy. Smacznego!




czwartek, 29 listopada 2012

Łososiowe "ciasteczka" z frytkami z warzyw

Moje natchnienie ma bardzo opóźniony zapłon i budzi się najczęściej w chwilach ostatecznych. Może dlatego mam irytujący zwyczaj dodawania przepisów do konkursów i akcji na ostatnią chwilę, za pięć dwunasta właściwie. Tym razem nie ma oczywiście wyjątku i na chwilę przed końcem przedstawiam ostatnią propozycję na łososiowy konkurs. Mam zamiar poczęstować Was łososiowym ciasteczkiem. "Ciasteczko" to słowo użyte tu raczej z przymrużeniem oka, bo do ich "upieczenia" używa się patelni, a nawet mąki nie mają w składzie. To fajna przekąska na przyjęcie lub przyjemna, lekka kolacja. Łosoś zyskuje na znajomości z wieloma przyprawami i składnikami, które nieco łagodzą jego tranowaty posmak. Frytki są przyjemnie słodkawe, razem z dipem chilli całość to połączenie różnych smaczków i smaków. Porcja na cztery osoby.



Łososiowe "ciasteczka" z warzywnymi frytkami
  • 300 gram łososia norweskiego( bez ości i skóry)
  • pięciocentymetrowy kawałek korzenia imbiru
  • skórka otarta z jednej limonki
  • mała cebulka
  • trzy łyżki posiekanego szczypiorku
  • na frytki: jeden duży burak, dwa duże ziemniaki, jeden spory seler
  • sól morska i pieprz
  • zioła prowansalskie
  • olej do smażenia
  • na dip: cztery łyżki majonezu, dwie łyżki śmietany, pół łyżeczki czerwonej słodkiej papryki, kawałek(ok. 20 gram) świeżej papryczki chilli
  • ćwiartki limonki
Zaczynamy od przygotowania frytek. Seler obieramy ze skórki, ziemniaki i buraka dokładnie myjemy. Wszystkie warzywa kroimy w grube słupki, wsypujemy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i skrapiamy oliwą. Posypujemy ziołami. Pieczemy około 30 minut w 180 stopniach, z termoobiegiem. Łososia siekamy na drobno. Dodajemy posiekany lub starkowany kawałek imbiru, skórkę z limonki oraz posiekany na drobno szczypiorek i cebulkę. Doprawiamy solą i pieprzem. Całość mieszamy. Kształtujemy łyżką małe(wielkości łyżki) kotleciki. Smażymy z obu stron na gorącym oleju, na średnim ogniu(inaczej się wysuszą). Z majonezu, śmietany, chilli drobno posiekanego i papryki robimy dip. Frytki solimy, układamy na talerzu razem z sosem i "ciasteczkami" z łososia. Podajemy z limonką. Smacznego!


Przepis dodaję do akcji:

Łosoś w imbirowych pomarańczach

Kolejna propozycja na łososia. Tym razem w wersji obiadowej. Uduszenie ryby w soku powoduje, że lekko bieleje także nie dziwcie się że wyszedł mi nieproporcjonalnie blady. Rybka jest soczysta, ma tylko delikatny posmak cytrusów i lekką pikantność imbiru. Podczas robienia sosu kaparowego nabyłam doświadczenia również w robieniu majonezu, bo akurat wyszedł, a do sklepu daleko. Nie sądziłam przy tym że to takie proste. Nawet takich kaparowych niedowiarków jak ja, to połączenie zdecydowanie przekonuje. Porcja na cztery osoby.



Łosoś w imbirowych pomarańczach z sosem kaparowym
  • 500 gram łososia norweskiego
  • sok wyciśnięty z kilograma pomarańczy
  • jedna cała pomarańcza
  • kawałek(około 5 centymetrowy) kłącza imbiru
  • cztery łyżki kaparów 
  • 100 ml majonezu
  • dwie łyżki koperku
  • sól i pieprz
  • słodkie ziemniaki(ilość zależna od własnych preferencji)
 Sok pomarańczowy zagotować w garnku z pokrojonym w plasterki imbirem. Dodać pokrojoną w ósemki, wyszorowaną i umytą pomarańczę. Wyłączyć gaz, położyć łososia i przykryć szczelną pokrywką. Odstawić na około 20 minut( czas zależy od grubości kawałka). W miseczce część kaparów drobno posiekać, resztę dodać w całości. Wymieszać z majonezem i koperkiem, doprawić solą i pieprzem. Łososia układamy na talerzach. Górę każdego obficie zlewamy sosem kaparowym. Dekorujemy pomarańczą. Podajemy z grillowanymi słodkimi ziemniakami. Smacznego!




piątek, 23 listopada 2012

Puszysty(bez proszku i sody) omlet śniadaniowy

Zastanawiające jest jak bardzo potrafią zmienić się smaki. Kiedyś potrafiłam jednorazowo wrąbać bez oporu tabliczkę czekolady, dziś już nie jestem w stanie powtarzać tego wyczynu. Jako nastolatka byłam w stanie też zjeść pół kilo gotowanego groszku z mrożonki, teraz nie przepadam nawet za tym z puszki. Dlaczego o tym piszę? Bo zasadniczo kiedyś omlet nie istniał dla mnie w innej formie jak na słodko. Dżem, owoce, cukier puder, cokolwiek, ale miało być słodko. Teraz z kolei nie pamiętam kiedy jadłam omlet inny niż wytrawny. Ulubiona wersja to ta z serem żółtym i warzywami. Tym razem postawiłam na pomidora, który nie smakował pomidorem. Oraz na bazylię, która smakowała bazylią. Wykonywać omlet bez proszku do pieczenia i sody oczyszczonej nauczyła mnie moja babcia. To moja ulubiona wersja tego jajecznego dania.



Puszysty omlet śniadaniowy
  • trzy jajka
  • szczypta soli
  • dwie łyżki mąki ziemniaczanej
  • kilka listków bazylii
  • cztery plastry pomidora
  • dwie łyżki tartego parmezanu
Oddzielamy żółtka od białek. Białka ze szczyptą soli ubijamy na sztywną pianę. Żółtka mieszamy z mąką ziemniaczaną. Jeśli powstanie Nam kluska to trzeba dolać odrobinę wody. Wlewamy żółtka do białek i delikatnie mieszamy. Rozgrzewamy teflonową patelnię i układamy pomidora. Delikatnie obsmażamy z obu stron. Wrzucamy kilka listków bazylii i wylewamy masę jajeczną. Smażymy na małym ogniu, najlepiej pod przykryciem. Gdy już spód będzie rumiany, obracamy za pomocą łopatki. Smażymy jeszcze minutę, a wierzch posypujemy startym serem. Podajemy.


czwartek, 22 listopada 2012

Trochę zdrowszy małpi chleb z czekoladą

Zrobienie tego wypieku chodziło za mną już jakiś czas. Ciągle jednak zapominałam albo o bananach albo o płatkach owsianych. W końcu po zakupie nowej, silikonowej keksówki stwierdziłam że nie mam wyjścia i muszę w końcu go upiec(oczywiście w nowej keksówce). Wybrałam więc przepis od Adrijah i zrobiłam. Nazwa jest nieco myląca, dla mnie zdecydowanie jest to ciasto, a nie chleb. Jest wilgotne i słodkie za sprawą bananów no i zdrowsze niż klasyczne wersje chlebka bananowego. Idealnie smakuje ze szklanką mleka lub do gorącej kawy lub herbaty. Nie smarowałam niczym kromek choć sądzę, że akurat masło orzechowe mogłoby tu pasować. Przepis na keksówkę o długości 30 centymetrów.



Trochę zdrowszy małpi chleb
  • szklanka mąki pszennej pełnoziarnistej
  • jedno jajko
  • 1/3 szklanki cukru trzcinowego
  • trzy duże, bardzo dojrzałe banany
  • pół łyżeczki cynamonu
  • garść migdałów w płatkach
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • pięć łyżek stołowych oleju
  • 3/4 szklanki płatków owsianych
  • 40 gramów gorzkiej czekolady
W misce rozgniatamy dokładnie banany widelcem. Dodajemy jajko, olej i wsypujemy cukier z cynamonem. Całość mieszamy lub miksujemy. Dodajemy mąkę przesianą z proszkiem, płatki migdałów, płatki owsiane oraz posiekaną na kawałki czekoladę. Wszystko dokładnie mieszamy do jednolitej konsystencji. Wylewamy masę na keksówkę wysypaną bułką tartą i pieczemy do suchego patyczka w 180 stopniach przez około 45 minut. Studzimy na kratce i jemy. Smacznego!


środa, 21 listopada 2012

Z piwem i do piwa: czeskie utopence

To kolejny(po dość długiej i niezamierzonej przerwie) odcinek cyklu "Z piwem i do piwa". Dziś opowiemy sobie trochę o przekąsce sąsiadów zza południowej granicy. Czesi to naród, który przoduje w rankingu ilości wypijanego piwa na mieszkańca. Piwowarstwo ma tam swoją długą tradycję, a złoty trunek to chyba najpopularniejszy czeski alkohol. Szacuje się, że rocznie warzy się tam 20 milionów hektolitrów piwa rocznie. Oprócz dużych, komercyjnych browarów mnóstwo tam również browarów restauracyjnych warzących piwo na potrzeby własnej gastronomii. Jeżeli chcecie obrazić Czecha, powiedzcie że piwo Wam nie smakuje;). Czesi swój lokalny trunek uważają bowiem za najlepszy na świecie. W tym kraju istnieje zupełnie inna kultura picia niż w Polsce. W czeskiej knajpie, w letnie popołudnie ciężko znaleźć wolne miejsce. Orzeźwiają się bowiem na równi młodzi ze starymi, kobiety z mężczyznami. Nie jest wstydem po pracy wyskoczyć na odświeżający umysł i ciało kufelek;). Być może z powodu tej długiej kariery piwa w Czechach, mają oni wiele ciekawego do zaoferowania jeśli chodzi o przekąski. Dziś przedstawię Wam przepis na utopence. 

Jeśli mieliście okazję kiedyś być w typowym, czeskim lokalu pewnie zauważyliście dostępny w większości takich miejsc, stojący na widoku słoik z grubymi jak serdelki parówkami. To właśnie utopence. Są to swego rodzaju parówki(špekáčky), z grubo mielonymi kawałkami słoniny widocznymi w przekroju. Całość jest włożona w octową marynatę z cebulą i ostrymi papryczkami. Oryginalny przepis pochodzi stąd natomiast tłumaczenie można znaleźć tutaj. Danie wykonała moja mama, ja natomiast sfotografowałam i potulnie zjadłam;).



Czeskie utopence
  • 1 kilogram špekáček( jeśli nie ma się dostępu do takiego rodzaju wędliny to bez problemu można zrobić z serdelek)
  • cztery średnie cebule
  • jedna duża czerwona papryka
  • kilka ostrych papryczek
  • na zalewę: pięć listków laurowych, siedem kulek ziela angielskiego, dziesięć ziaren czarnego pieprzu, łyżka soli, łyżka cukru, szczypta czerwonej papryki
  • ocet i woda w proporcji jedna część octu na trzy części wody
  • opcjonalnie: garść kiszonej kapusty dobrej jakości
Wodę z octem oraz przyprawami zagotować w sporym garnku. Dodać pokrojoną w paski lub kostkę paprykę i cebulę pokrojoną w talarki. Zagotować aż cebula nieco zmięknie(trwa to około 5 minut). Każdy serdelek nakroić na środku wzdłuż i delikatnie nabić kapustą. Ułożyć w słoju razem z ostrymi papryczkami i miękką cebulą, zalać ciepłą zalewą octową. Zakręcić słoik i ostudzić. Odstawić na dwa tygodnie i po tym czasie jeść.

Do picia został podany klasyk czeskiego gatunku. Uwarzony w domu bohemian pilsner. Pyszny, orzeźwiający, nie znam nikogo kto by odmówił wypicia;).




poniedziałek, 19 listopada 2012

Śniadanie łasucha- placki śniadaniowe Nigelli

Wiele razy już podkreślałam, że kanapki na śniadanie to zupełnie nie mój żywioł. Wolę zdecydowanie dania na ciepło od jajek, poprzez grzanki, owsianki, a na wszelkich plackach skończywszy. Te placuszki to propozycja śniadaniowa Nigelli, niezawodnej jeśli chodzi o dodawaniu życiu słodkiego smaku(i kalorii;). Zmodyfikowałam przepis i zrobiłam wersję waniliową, co się tylko i wyłącznie placuszkom przysłużyło. Na minus zaliczam to, że nie jest to taki leciutki jak piórko, delikatny i puszysty placek- to ciasto dość ciężkie, taki hmm.. konkret;). Placki można podawać z owocami, dżemami, nutellą, masłem orzechowym czy też polać słonym sosem karmelowym. Porcja na dwie osoby, przepis zaczerpnęłam stąd.




Śniadaniowe placki Nigelli
  • 225 gramów mąki pszennej
  • dwa jajka 
  • szczypta soli
  • 20 gram stopionego masła
  • 300 ml mleka
  • łyżeczka cukru( u mnie łyżka cukru waniliowego, bo nie dorobiłam się jeszcze esencji)
  • dwie łyżeczki proszku do pieczenia(o którym zapomniałam i może dlatego placki były takie ciężkie- ale wyszły)
  • kilka kropel esencji waniliowej
Wszystkie składniki dokładnie miksujemy i odstawiamy ciasto na około 15 minut. Rozgrzewamy teflonową patelnię i łyżką wylewamy porcje ciasta. Smażymy na złoty kolor z obu stron. Usmażone układamy na talerzu obok siebie, jeden na drugim mogą stwardnieć. Smacznego!


niedziela, 18 listopada 2012

Słony sos karmelowy- słodki oksymoron

Długo nie mogłam się przekonać by spróbować tego sosu. Nie należę do osób, które mogą wyżerać z puszki kajmak na łyżeczki, nie lubuję się w tych najbardziej słodkich ze słodkich deserach. Jednak nazwa tak intrygowała, tak kusiła. W końcu spróbowałam. Za pierwszym razem, z innego przepisu wyszła mi karmelowa klapa. Zanim cukier się rozpuścił to zdążył się przypalić, zanim zdążyłam dobrze pomieszać to przykleił się do garnka, blatu i łyżki. Miałam więc cukierki, a nie do końca mi o taki efekt chodziło. Potem spróbowałam z przepisu Nigelli i okazało się że potrafię zrobić słony karmel, a konkretnie słony sos karmelowy;). Jak to smakuje? Jak wnętrze lejącej się krówki zaprawione solą. W tym przepisie można dowolnie jej ilość modyfikować, ja wolę więcej bo sos smakuje bardziej intrygująco. Można go używać do naleśników, placuszków, polania brownies czy też innych deserów. Radzę nakleić etykietkę, bo ze względu na kolor może zostać pomylony z musztardą, a mimo słoności nie polecam go jeść z kiełbasą;). Przepis na około 350 ml.



Słony sos karmelowy
  • 3/4 kostki masła
  • 250 ml śmietanki kremówki
  • 1/2 szklanki cukru trzcinowego
  • 1/2 szklanki cukru białego
  • 100 ml płynnego miodu o łagodnym smaku 
  • łyżeczka gruboziarnistej soli morskiej( lub więcej w zależności od preferencji)
W rondlu o grubym dnie rozpuszczamy masło, cukier i miód. Doprowadzamy składniki do wrzenia i gotujemy dwie minuty. Zmniejszamy ogień i dolewamy śmietankę oraz sól. Mieszamy całość aż wszystkie sypkie składniki dokładnie się rozpuszczą, a masa odrobinę zgęstnieje. Ostrożnie możemy spróbować czy sos jest wystarczająco słony i ewentualnie dosypać soli. Gorący przelewamy do suchego słoika i przechowujemy w lodówce.


sobota, 17 listopada 2012

Wołowy tagine z oliwkami i jajkiem

Nie wiem jak Wy, ale ja już czuję atmosferę zbliżającej się zimy. Te galerie handlowe przystrojone i stoiska ze świątecznymi bajerami. Mroźne poranki ostatnio codziennie. Zimowy płaszcz na wieszaku w przedpokoju. Wszystko to składa się już na moje wielkie plany, które wkrótce zacznę realizować. W zeszłym roku nie dodałam na bloga właściwie żadnej świątecznej potrawy, teraz mam nadzieję się to zmieni. Pozostając w klimacie później jesieni/wczesnej zimy zrobiłam któregoś dnia na obiad tagine. W oryginale ta potrawa powstaje z jagnięciny i jest narodowym daniem Marokańczyków. Jak smakuje oryginał nie mam pojęcia, natomiast to jest wersja pełna aromatów i rozgrzewających przypraw. To danie bardzo sycące, rozgrzewające, świetnie jest je podać z kuskusem(którego zapomniałam oczywiście kupić) lub z ryżem. Ja dodałam do całości sałatkę z pomarańczy i cebuli. Nie posiadam oryginalnego naczynia więc wykorzystałam garnek rzymski. Przepis na cztery bardzo głodne osoby.



Wołowy tagine z oliwkami i jajkiem
  • 500 gram mięsa wołowego(dobre jest gulaszowe)
  • 100 gram oliwek bez pestek
  • 500 ml sosu pomidorowego( ja wymieszałam puszkę pomidorów w zalewie z sokiem pomidorowym i doprawiłam solą, pieprzem i szczyptą oregano)
  • dwie łyżki posiekanej kolendry
  • łyżeczka kminu rzymskiego
  • cztery ząbki czosnku
  • szczypta cynamonu
  • sól, pieprz do smaku
  • jajka( ja dałam 10 jajek przepiórczych, żeby były mniejsze i poręczniejsze)
  • 100 gram sera żółtego
Mięso zmielić i dodać kmin, kolendrę, czosnek przeciśnięty przez praskę, cynamon oraz sól i pieprz. Wymieszać ręką aż zacznie się robić kleiste. uformować nieduże(około 3-4 centymetrowe) pulpeciki i ułożyć ostrożnie w naczyniu do zapiekania. Zalać całość sosem pomidorowym i wstawić do piekarnika nastawionego na 200 stopni. Piec aż pulpety będą gotowe(około 30 minut). Wyjąć z piekarnika i posypać serem żółtym. Wbić na górę jajka lub położyć sadzone(lepiej się prezentują). Zapiekać jeszcze około 10 minut. Podawać z kuskusem lub ryżem.




Smacznego!

czwartek, 15 listopada 2012

Na dyniowe ostatki- dynia marynowana.

Moją przygodę z poznawaniem dyni zaczęłam gdzieś tak w tamtym roku. Wtedy to zjadłam pierwszy raz zupę dyniową, która nie była na słodko z mlekiem. W tym roku, już zresztą pisałam dostałam w prezencie 20 kilowy egzemplarz cudnej urody, który przerobiłam na dynię marynowaną nie mając pojęcia jak ma smakować- bo nigdy nie jadłam;). Po dłuższym namyśle znalazłam przepis u Prezydentowej i zrobiłam. Już wiem jak smakuje ta dynia marynowana- świetnie! Jest trochę podobna do gruszki, nie gryzie w gardło octem, ma ładny, ciemny kolor(dzięki octowi balsamicznemu). Według tej receptury można ją przyrządzić zarówno na słodko jak i na kwaśno. Więc kto jeszcze dynię ma niech jej użyje, a co! 




Dynia marynowana
  • 2,5 kilograma dyni bez skóry i pestek, pokrojonej w kostkę
  • dwie szklanki cukru( na wersję słodko-kwaśną)
  • pięć szklanek wody
  • kilka goździków
  • łyżeczka cukru waniliowego
  • łyżeczka ziaren czarnego pieprzu
  • dwie gwiazdki anyżu gwiaździstego
  • 1,5 szklanki octu spirytusowego
  • 1/4 szklanki octu balsamicznego(nie jest on konieczny, ale ładnie podkreśla kolor)
  • w wersji słodko-kwaśnej: około 3-4 łyżek soli
Wodę, ocet, cukier wlać do dużego garnka i zacząć gotować. Dodać wszystkie przyprawy i pogotować około 10 minut. Wrzucić dynię i gotować do czasu, aż dynia będzie miękka lecz nie rozpadająca się. Przełożyć do wyparzonych słoików i mocno zakręcić. Odstawić do góry dnem aż do ostygnięcia. Nie pasteryzować, bo dynia się rozgotuje. Spożywać ją możemy po około dwóch tygodniach od wykonania. 


Smacznego!

wtorek, 13 listopada 2012

Regionalnie- żebroczka

Czy ktoś z Was miał kiedyś okazję jeść żebroczkę? Pierwsze skojarzenie mojego Połówka było takie, że chodzi o potrawę opartą o żeberka;). No trochę nieprawidłowe skojarzenie;). Żebroczka to regionalna potrawa Śląska Cieszyńskiego gdzie mieszkam. Konkretnie pochodzi ona z Wisły. Nazwa nie wywodzi się od żeber lecz od żebraka- legenda bowiem głosi że chodził on od domu do domu by zebrać pożywienie, gdy zaś udało mu się zdobyć kilka produktów to zrobił żebroczkę. Potrawa trochę przypomina inne ziemniaczane specjały z różnych regionów kraju. Na przykład babkę ziemniaczaną. Do żebroczki tradycyjnie podaje się herbatę z zielin- zieliny to po prostu zioła zebrane z górskiej łączki, mające na celu ułatwić trawienie. Ja osobiście uwielbiam jednak popijać ją mlekiem, bo dobrze schładza poparzone podniebienie. Porcja dla czterech wygłodniałych osób.



Żebroczka
  • około 1,5 kilo ziemniaków
  • 3/4 szklanki ryżu
  • 0,5-0,8 kilograma mięs i/lub wędlin( na przykład kiełbasy, skrawki szynek, skwarki, boczek)
  • 450 ml gorącego mleka
  • sól, pieprz, kminek, majeranek
  • duża cebula
  • cztery ząbki czosnku
Ziemniaki obieramy, myjemy i tarkujemy na bardzo drobnych oczkach(lepiej zrobić to maszynowo). Ryż ugotować w dwóch szklankach wody i odcedzić. Obrać i posiekać cebulę, zrumienić na patelni i dodać do ziemniaków. Na tym samym tłuszczu przysmażyć boczek, kiełbasę czy też skrawki wędlin. Razem z tłuszczem wlać do ziemniaków. Dodać ryż, gorące mleko i zgniecione ząbki czosnku. Przyprawić solą (uwaga! wędliny mogły być już dość słone), pieprzem, dodać kminku i łyżeczkę majeranku. Całość wymieszać i wylać na blaszkę. Zapiekamy w 200 stopniach przez około 70- 90  minut aż brzegi staną się chrupiące, a całość będzie złocista.



Smacznego!